dr hab. Daniel Boćkowski

“Wyzwolenie” Białegostoku lipiec-sierpień 1944 r.

Zajmowanie Białostocczyzny przez wojska sowieckie rozpoczęło się w połowie lipca 1944 roku. 20 lipca komendant Okręgu AK, ppłk Władysław Liniarski „Mścisław” wydał odezwę, w której poinformował ludność o podjęciu współpracy z Armią Czerwoną przez oddziały AK i organy Delegatury Rządu. 26 lipca z podobną odezwą wystąpił Okręgowy Delegat Rządu, Józef Przybyszewski. 27 lipca, po krótkich walkach, oddziały radzieckie ostatecznie zajęły Białystok. Zanim jednak to nastąpiło, wycofujący się Niemcy przystąpili do systematycznego palenia miasta. „23, 24, 25 VII przeprowadzono palenie i wysadzanie budynków i obiektów wojskowych w mieście. Zostały spalone wszystkie budynki prywatne, zamieszkałe przez Niemców, fabryki, budynki samorządowe i magazyny, poprzednio opróżnione. Została również zniszczona sieć elektryczna i transformatory. Linie telefoniczne pozawiejskie zostały zniszczone dn. 25 VII. Oddziały niszczące miasto rabowały domy prywatne”.

Jeden z uczestników tamtych wydarzeń, Czesław Hakke „Filip”, pisał w swych wspomnieniach: „Już parę tygodni przed wkroczeniem Armii Czerwonej Niemcy rozpoczęli systematycznie niszczyć centrum miasta. Przede wszystkim zaczęto od głównych ulic, 3 piętrowych kamienic, przeważnie stanowiących własność ludności żydowskiej. Płonęły ulice: Lipowa, Sienkiewicza, Kupiecka, Zamenhoffa, Równoległa i inne. Całe śródmieście stanęło w morzu płomieni. […] Spalono wspaniały zabytek historyczny – Pałac Branickich i Seminarium Nauczycielskie”.

Niemcy wysadzili i spalili dworce kolejowe: całkowicie gmach dworca głównego wraz z przyległymi zabudowaniami administracyjnymi, warsztatami naprawczymi i magazynami, prawie całkowicie dworzec poleski. Zrabowane zostało ich całe wyposażenie oraz zapasy magazynowe. Wysadzono w powietrze wiadukt przy ulicy Dąbrowskiego oraz wiadukt kolejowy przy ulicy Antoniukowskiej. Zniszczono pozostałe większe mosty, w tym nad torami do Grodna. Wysadzono i spalono koszary 42. Pułku Piechoty, spalono prawie wszystkie budynki koszarowe 10. Pułku Ułanów. Ocalał jedynie kościółek i kilka okolicznych zabudowań. Próbowano wysadzić w powietrze koszary 14. DAK, na szczęście podłożone tam ładunki nie odpaliły. Spalono bądź wysadzono fabryki przy ulicy Warszawskiej, magazyny tytoniowe, fabrykę Nowika przy ulicy Mickiewicza, fabrykę Beckera przy ulicy Świętojańskiej, tamtejsze domy urzędnicze, mniejsze i większe zakłady włókiennicze, mieszczące się przy ulicy Grunwaldzkiej oraz Sosnowej. Spalono również fabryki wyrobów drzewnych przy ulicy Cieszyńskiej, wytwórnię kafli przy ulicy Bażantarskiej, fabryczkę gwoździ na ulicy Grunwaldzkiej, stolarnię miejską przy ulicy Krakowskiej oraz chłodnię, stojącą przy Szosie Żółtkowskiej. Niemal zrównano z ziemią całe centrum Białegostoku. Spalono budynek magistratu, mieszczący się przy ulicy Warszawskiej, resursę przy ulicy Sienkiewicza, hotel Ritz, liceum pedagogiczne oraz szkołę ćwiczeń przy ulicy Mickiewicza, szkołę rzemieślniczą przy ulicy Antoniukowskiej, budynki szpitalne przy Warszawskiej, budynki szpitalne i aptekę przy ulicy Piwnej.

Cudem ocalały wszystkie białostockie świątynie: kościół farny, stary kościół pw. Wniebowzięcia NMP, kościół św. Rocha, cerkiew św. Mikołaja oraz kościół ewangelicki przy ulicy Warszawskiej (dziś kościół św. Wojciecha).

Ostatnie oddziały niszczące miasto wycofały się 26 lipca po południu, kiedy na przedpolach Białegostoku widać już było wojska radzieckie. Dzieła zniszczenia miasta dopełnił dwudniowy (25 i 26 lipca) ostrzał artyleryjski oraz bombardowanie lotnicze, prowadzone przez nacierające wojska radzieckie. W wyniku nalotów – w zasadzie bez jakiegokolwiek uzasadnienia militarnego – zburzono i spalono gmach Gimnazjum Żeńskiego im. Anny Jabłonowskiej przy ul. Mickiewicza, gmach Teatru Miejskiego, budynki wzdłuż ul. Słonimskiej. Uszkodzone zostały budynki przedwojennego Sądu Okręgowego oraz Izby Skarbowej, Urzędu Wojewódzkiego, Banku Państwa i Banku Rolnego. Niemal całkowicie zniszczono zabudowę mieszkalną wokół Rynku Kościuszki, wzdłuż ulicy Lipowej (d. Piłsudskiego), Sienkiewicza, Kilińskiego, św. Rocha, Pałacowej (d. Żwirki i Wigury). Centrum Białegostoku wyglądało niemal jak śródmieście Warszawy po wyzwoleniu. Można śmiało powiedzieć, że zniszczenia w obu miastach były porównywalne. Straty w zabudowie w centrum szacowano na ponad 80%. Do tego należy dodać całkowicie spalone dzielnice żydowskie, zwłaszcza zaś tereny, gdzie mieściło się białostockie getto. Zniszczone były wszystkie synagogi i domy modlitwy. Z mapy miasta zniknęli nie tylko jego żydowscy mieszkańcy, ale też cała ich historyczna spuścizna.

Liczba mieszkańców miasta po zajęciu go przez Armię Czerwoną zmniejszyła się o blisko 2/3 w stosunku do roku 1939. Kiedy przygotowano pierwsze szacunki szkód wojennych okazało się, że budynki mieszkalne zniszczone są w 53%, gospodarcze w 79% zaś przemysłowe  - w 80%. Straty w gmachach użyteczności publicznej sięgały 50%. Przedwojenny Białystok przestał istnieć. Do tego doszły niemal całkowicie wycięte parki, w tym Zwierzyniecki.

Wkraczające do miasta oddziały radzieckie wyglądały bardzo źle. Od razu nasuwała się analogia z wrześniem 1939 roku. W meldunku sytuacyjnym za okres od 10 lipca do 15 sierpnia 1944 roku pisano: „Miało się wrażenie, że to nie wojsko, a jakaś banda dobrze uzbrojona. Wygląd zewnętrzny okropny, obdarci, prawie połowa boso, wielu w cywilnych łachmanach. Rozpoczęli też natychmiast plądrowanie po ogrodach, piwnicach i mieszkaniach. Kradli wszystko i wszędzie gdzie się dało. Na Słobodzie nie ma domu, w którym coś nie zginęło. Ogólne wrażenie wywarli na ludności miejskiej jak najgorsze, tym więcej, że każdy musiał się dobrze wystrzegać, aby nie być okradzionym. Prawie wszyscy sowieci pytali jak daleko do Bugu, do ich państwowej granicy”.

W innym raporcie szef białostockiej placówki wywiadowczej, por. Julian Łozicki „Naruszewicz” pisał: „Pomimo zwycięskiej ofensywy morale żołnierza sowieckiego jest niskie. Brudny, obdarty, głodny, karany jest bardzo surowo za byle przekroczenie. Nie ufa propagandzie sowieckiej, nie chce walczyć. Na tyłach snują się setki maruderów, bezkarni dzięki wielkiej dezorganizacji panującej na tyłach armii sowieckiej. Wszyscy żołnierze kradną, nie wyłączając oficerów, nawet sztabowych”.

„Dnia wyzwolenia” ocaleli z pożogi wojennej mieszkańcy Białegostoku nie mogli zaliczyć do najweselszych. Jak donosiły raporty AK: „Z armią sow. zajechało NKGB i władze cywilne B-ku z r. 1940. NKGB zajęło budynek na rogu ul. Sobieskiego i Złotej. Władze miejskie dn. 27.VII. siedziby jeszcze sobie nie obrały. Dn. 27.VII. o godz. 15 zgłosili się nasi przedstawiciele AK i samorządu do Komendy Garnizonu Mickiewicza 35”. Wśród ruin znów słychać było język rosyjski, znów pojawiły się ogłoszenia i plakaty informujące o „powrocie miasta do BSRR”. W terenie ogłoszono mobilizację do Armii Czerwonej roczników 1894–1926, zarządzono nawet, aby wprowadzić czas moskiewski. Wprawdzie w tym samym czasie na murach spalonych domów pojawiły się odezwy Delegata Rządu, jednak obecność NKWD i NKGB „dosadnie” przypominała o 21 miesiącach sowieckiej okupacji 1939–1941.

Jeszcze bardziej dosadnie zabrzmiały słowa jednego z funkcjonariuszy NKWD, który, gdy usłyszał w trakcie spotkania zastępcy wojskowego komendanta Białegostoku, mjr. Sapiełko z ujawnionymi przedstawicielami AK oraz władz cywilnych miasta, że reprezentują oni miejscowe władze cywilne, miał ironicznie stwierdzić „Kajaka włast? Włast prijechała – eta sama, katoraja była w 41 godu”. Z kolei gen. Sobiennikow, kiedy spotkał się 27 lipca 1944 roku z wojewodą J. Przybyszewskim, oświadczył mu, „że nie mam prawa tytułować siebie gospodarzem ziemi białostockiej i także nie mam prawa organizować jakiejkolwiek administracji, bowiem ziemie białostockie po zagłosowaniu w 1939 r. weszły w skład Zachodniej Białorusi”. Na szczęście inne decyzje niż te z 1939 roku, dotyczące losów Białegostoku, zapadły na Kremlu wiele miesięcy wcześniej i jedynie wkraczające do miasta oddziały sowieckie, białoruscy partyzanci oraz sowieccy urzędnicy nie dostali na czas wytycznych. Pamiętać jednak musimy, że przez cały okres działań wojennych Białostocczyzna uznawana była za integralną część państwa radzieckiego, choć Stalin nie traktował tego faktu jako sytuacji ostatecznej. Dopuszczał możliwość zmian, jednak musiały mu one przynieść wymierne zyski polityczne lub terytorialne. W grze prowadzonej z rządem RP w Londynie nigdy nie uznał, że ziemie te są częścią składową państwa polskiego, czego najlepszym dowodem było reaktywowanie jesienią 1942 roku w Moskwie Białostockiego Komitetu Obwodowego KP(b)B, w skład którego weszli, ewakuowani latem 1941 roku na wschód, urzędnicy sowieccy.

25 lipca 1944 roku narzucony przez Moskwę Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego podpisał wstępną umowę graniczną. Stalin potwierdził w niej przedstawicielom PKWN swoją decyzję o przekazaniu Polsce Białegostoku i Łomży. Dzięki temu już 27 lipca po południu na lotnisko w Krywlanach przyleciała delegacja PKWN, która miała przejąć miasto z rąk sowieckich. W jej skład weszli: Edwarda Orłowska, mająca powołać aparat PPR, płk Tadeusz Paszta, odpowiedzialny za zorganizowanie Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej oraz Zygmunt Zieliński wraz z drużyną 12 żołnierzy, którego zadaniem było powołanie i obsadzenie powiatowej komendy MO. Dzień później dołączyli do nich mjr Leonard Borkowicz i kpt. Jerzy Sztachelski – pełnomocnicy PKWN na województwo białostockie. Po kilku dniach do pomocy przy tworzeniu milicji T. Paszta otrzymał od gen. F. Kapusty, dowódcy Białostockiego Zgrupowania Partyzanckiego, 40 partyzantów.

Z chwilą przybycia działaczy PKWN, sytuacja w mieście jeszcze bardziej się skomplikowała, gdyż uważali oni, zgodnie z wytycznymi otrzymanym w Lublinie, że są to tereny polskie, na których należy bezzwłocznie wprowadzić polską administrację. Musieli się jednak liczyć z przedstawicielami Gorispołkomu, wspomaganymi przez NKWD i NKGB, a także przystąpić do bezwzględnej rozprawy ze szczątkową administracją cywilną, podległą Delegatowi Rządu. W pierwszych dniach sierpnia działacze radzieccy otrzymali polecenie opuszczenia Białegostoku.

Działacze PKWN spodziewali się owacyjnego przyjęcia przez mieszkańców miasta. Ze zdziwieniem odkryli jednak, że są traktowani jak obcy. „Pamiętam – pisał T. Paszta – że gdy już w pierwszym dniu pobytu chcieliśmy zademonstrować, że przybyli do Białegostoku pełnomocnicy PKWN, że przybył pierwszy oddział WP i zorganizowaliśmy przemarsz przez miasto (mieliśmy tylko 18 żołnierzy), w centrum jego spotkaliśmy się z jakimś chłodem i obojętnością mieszkańców”.

W krótkim czasie to, co ocalało z wojennej pożogi zagrabione zostało przez stacjonujące w mieście oddziały sowieckie. Z Białegostoku wywieziono większość wyposażenia ocalałych fabryk, aparaturę rentgenowską ze szpitali, wyposażenie szpitala zakaźnego. Ścięto dziesiątki słupów elektrycznych, zrabowano dziesiątki kilometrów linii napowietrznych. Wywieziono resztki wyposażenia elektrowni, ocalałe wyposażenie warsztatów kolejowych w Starosielcach (wraz z całym znajdującym się tam koksem), co uniemożliwiło ich uruchomienie. W analogiczny sposób potraktowano fabryki włókiennicze, obuwnicze i garbarskie. Wycięto kolejne setki drzew w Parku Zwierzynieckim, rozgrabiono wyposażenie Teatru Miejskiego (wyrywając nawet ramy okienne, drzwi i deski ze sceny). Całkowicie obrabowano domy, których mieszkańcy schronili się na czas działań wojennych za miastem. Nie oszczędzano nawet domów, w których byli ludzie, jeśli tylko było w nich coś interesującego do zabrania. Ofiarami „wyzwolicieli” padali także miejscowi działacze partyjni, zaś interwencje władz miejskich pozostawały prawie zawsze bez jakiejkolwiek odpowiedzi.

Od 28 lipca żołnierze radzieccy prowadzili też w mieście obławy, których celem było pozyskanie mężczyzn do pracy przy zasypywaniu dołów na zbombardowanym lotnisku oraz budowaniu umocnień na przedpolach miasta. W sierpniu pomagały im w tym pierwsze oddziały milicji. Praca trwała od świtu do zmierzchu, bez żadnego wynagrodzenia i wyżywienia. Po zakończeniu pracy odbywały się przymusowe mityngi, na których nowe władze prowadziły indoktrynację, zajadle krytykując rząd polski na emigracji oraz AK.

30 lipca 1944 roku działacze PKWN rozplakatowali w mieście odezwy, które informowały o tym, że są oni jedyną władzą. W tym samym czasie swoje odezwy wywiesił też Okręgowy Delegat Rządu. Na murach wisiały też w wielu miejscach obwieszczenia władz radzieckich. Ulotki PKWN nie wzbudziły wśród mieszkańców zbytniego entuzjazmu, w odróżnieniu od nielicznych plakatów wojewody J. Przybyszewskiego. Pamiętajmy, że do 27 lipca nikt tu nigdy nie słyszał o PKWN, nie istniała też w mieście i regionie żadna struktura PPR. 3 sierpnia milicjanci wraz z Kościuszkowcami, z rozkazu PKWN, podjęli próbę zamknięcia, powołanego przez Delegata Rządu, Zarządu Miasta. 7 sierpnia, w czasie kolejnego spotkania, NKWD aresztowało Delegata Rządu, a następnie mianowanego przez Przybyszewskiego prezydenta Białegostoku, Ryszarda Gołębiowskiego. W porozumieniu z PKWN przystąpiło też do ostatecznej rozprawy z polskim państwem podziemnym i jego legalnymi przedstawicielami. 15 sierpnia por. T. Paszta, komendant MO, „ostatecznie zamknął Biuro Delegatury miejskiej oraz rozwiązał straż porządkową Delegatury”. Według Komendanta Okręgu, ppłk. Władysława Liniarskiego, tylko w sierpniu i wrześniu 1944 roku aresztowano 500 oficerów i żołnierzy AK. Szeregowych żołnierzy najczęściej kierowano do obozu w Dojlidach, gdzie formowano 4. Zapasowy Pułk Piechoty 1 Armii Wojska Polskiego, innych wcielano zaś do Armii Czerwonej. Oficerów przesłuchiwano, a najbardziej opornych aresztowano. „Wyłapywanie” żołnierzy podziemia ułatwiał obowiązek meldunkowy, wprowadzony w Białymstoku 10 sierpnia 1944 roku. W mieście systematycznie urządzano obławy. Kto nie miał potwierdzenia miejsca zamieszkania, był zatrzymywany do wyjaśnienia.

Akcją likwidacji polskiego podziemia dowodził zastępca dowódcy 3 Armii 2 Frontu Białoruskiego, gen. Piotr Sobiennikow. Z czasem „oczyszczaniem terenów” zajęły się oddziały podporządkowane Głównemu Zarządowi Wojsk NKWD ds. Ochrony Tyłów Frontów, powołanemu 28 kwietnia 1942 roku przez Ł. P. Berię. W okresie działalności tej formacji na Białostocczyźnie dowodził nią gen. Iwan Gorbatiuk.

Do wszystkich ocalałych mieszkańców powoli docierała świadomość, że po raz trzeci ich miasto znalazło się pod okupacją, a do prawdziwego wyzwolenia jeszcze daleko.

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.