Polskie sufrażystki. Przełom XIX i XX wieku

Setna rocznica nadania Polkom praw wyborczych daje nam szczególną perspektywę. Powinnyśmy spojrzeć wstecz i zastanowić się, w jakim miejscu jesteśmy i z jakiego miejsca spoglądamy na wiek XXI. Zapraszamy do zapoznania się z publikacją dr hab. Anny Janickiej.

Powinnyśmy spojrzeć wstecz i zastanowić się, w jakim miejscu jesteśmy dziś i z jakiego miejsca spoglądamy na wiek XXI. Możemy posługiwać się terminem sufrażystki i wtedy akcent kładziemy na aktywne zabieganie  kobiet o prawa wyborcze (termin wzięty z łacińskiego słowa i oznacza głos wyborczy). Możemy też mówić emancypantki, feministki. Ponieważ mówimy o 100-leciu odzyskania niepodległości i na tym tle o nadaniu kobietom praw wyborczych – wybrałam termin sufrażystki. Jednak w praktyce akademickiej zazwyczaj posługuję się określeniem emancypantki.

Współczesny dyskurs feministyczny (bo już chyba nie można powiedzieć emancypacyjny), jest bardzo  zideologizowany i bardzo wyraźnie sprofilowany światopoglądowo. Kiedy jednak spojrzymy głęboko w wiek XIX, to okazuje się, że siłą polskiego rodzącego się dyskursu emancypacyjnego było zróżnicowanie głosów dotyczących kwestii kobiecej.

Dlaczego podkreślam to zróżnicowanie? Kiedy chcemy zbudować coś, co miałoby być mocne, silne, fundamentalne, zasadnicze, dobrze jest szukać w różnorodności. Jednoznaczność wydaje mi się pułapką współczesnego polskiego feminizmu.

Wsłuchując się w głos polskich emancypantek

Kiedy słucham głosu polskich emancypantek z połowy XIX i przełomu XIX i XX wieku, ponieważ są to głosy zróżnicowane i skupione wokół kwestii kobiecej, słyszę kilka wyraźnych przestróg.

Mówiłam o zróżnicowaniu nie bez powodu - nie jest ono wartością tylko dla mnie. XIX-wieczne emancypantki również w zróżnicowaniu widziały pewną wartość. Zanim sięgnę do połowy XIX wieku, podkreślę, że zasadniczą księgą polskiego ruchu emancypacyjnego jest wydany w 1903 roku w Krakowie Głos kobiet w kwestii kobiecej. Jest to zbiór kilkunastu tekstów publicystek, działaczek, pisarek, dramatopisarek - kobiet zainteresowanych kwestią emancypacji. Chciałbym przeczytać fragment wstępu autorstwa Kazimiery Bujwidowej - jednej z ważniejszych postaci polskiego ruchu emancypacyjnego.

Wzmożony ruch wśród kobiet doby dzisiejszej, gorące dysputy prywatne i po stowarzyszeniach oraz polemiki dziennikarskie – wszystko to wprost nawoływało do sformułowania najważniejszych postulatów kwestii kobiecej. Rzecz prosta, że książka złożona z artkułów 10 osób nie może spełniać dzisiejszego zadania. Nie może bowiem ona być jednolita i musi zawierać pewne sprzeczności. Zasadnicze postulaty są w niej jednakże zgodne i to właśnie podkreślić musimy jako rzecz niezmiernie donośną. Jeżeli bowiem u 10 jednostek różniących się wiekiem, zawodem, przekonaniami i tym podobne nie ma różnic zasadniczych w ogólnym zaopatrywaniu poruszonej kwestii, dowodzi to niezbicie, że kwestia sama jest już należycie skrystalizowaną i że już nadeszła chwila, by z teoretycznych, akademickich dyskusji przejść mogła do praktycznego rozwiązania w życiu.

Tyle Kazimiera Bujwidowa u progu wieku XX. Głos kobiet w kwestii kobiecej, to bardzo ważna książka. Syntetyzuje wszystko, co się wydarzyło w wieku XIX w sprawie kwestii kobiecej, emancypacyjnej. To jest jednak początek XX wieku, a ja obiecałam państwu wyprawę w wiek XIX.

Emancypacja w  wariancie polskim

Początków polskiej emancypacji szukać musimy w latach 40. wieku XIX. Narodziła się w środowisku pisarki, publicystki, wybitnej kobiety i osobowości  - Narcyzy Żmichowskiej, która skupiła wokół siebie grono kobiet wybitnych. Dlaczego sprawa tzw. entuzjastek jest sprawą zasadniczą? Sprawą początku? Czy się współczesnym feministkom podoba czy też nie, sprawa entuzjastek odsłania specyfikę polskiego feminizmu, o której współcześnie moim zdaniem mówi się trochę za mało. Ta specyfika polegała na tym, że kwestia emancypacyjna  w wariancie polskim od początku zrośnięta była z kwestią narodową.

Zresztą środowisko entuzjastek można badać wielorako. Niektórzy badacze stosują klucz spiskowy. Twierdzą, że była to organizacja o charakterze patriotycznym. Inni uważają, że należy użyć klucza emancypacyjnego, ponieważ było to stowarzyszenie kobiet niezwykłych… które spotykały się, pisały, działały, wydawały książki, broszury. Zajmowały się też edukacją i położeniem kobiety w społeczeństwie. Wydaje mi się, że prawda tkwi gdzieś, jak zwykle, pośrodku. Właśnie środowisko entuzjastek pokazuje, że w przypadku polskiego wariantu feminizmu musimy pamiętać  o sytuacji, w jakiej on się w Polsce rodził –  sytuacji niewoli.

Możemy wyodrębnić dwa skrzydła polskiego ruchu emancypacyjnego – patriotyczny, narodowy  i feministyczny,  i one są ze sobą zrośnięte. Do emancypantek należały m. in.: Anna Skimborowiczowa, Bibiana Moraczewska, Kazimiera Ziemięcka, Faustyna Morzycka i inne.         

W ruch emancypacyjny angażowały się wybitne pisarki, takie jak Eliza Orzeszkowa, Gabriela Zapolska (bardzo niedogmatyczna emancypantka), Zofia Nałkowska, Irena Krzywicka  czy też Maria Komornicka (pisarka modernistyczna o bardzo dramatycznej biografii). Komornicka to autorka zupełnie nieznanego tekstu odkrytego przez profesor Annę Wydrycką z Zakładu Filologicznych Badań Interdyscyplinarnych w Białymstoku. Tekst nosi tytuł Raj młodzieży. Jest to bardzo odważny reportaż młodej Komornickiej, która jedzie do Cambridge - uniwersytetu – mekki uczoności wszelakiej i pisze bardzo demaskatorski reportaż. Przebywa w college’u kobiecym, który wtedy wszyscy w prasie postrzegają jako miejsce, gdzie się realizuje postulat emancypacyjny. Młoda Komornicka dostrzega jednak tylko pozory tej praktyki uniwersyteckiej. Tworzy niezwykły tekst, w którym nakreśla zasadę prawdziwej emancypacji i jednocześnie demaskuje emancypację pozorną, co może być ważną przestrogą dla współczesnych feministek.

Spośród grona emancypantek warto też wymienić Marię Dulębiankę, Cecylię Walewską, która jako jedna z pierwszych przymierzyła się do napisania historii polskiego ruchu kobiecego, czy Marię Kurzynę. Maria Kurzyna jest kobietą, która założyła w Krakowie pierwsze polskie pismo feministyczne Nowe słowo ( wydawane w latach 1902-1905).

Niezwykła okazała się Paulina Kuczalska - Reinschmit, która była redaktorką naczelną Steru, wychodzącego najpierw w latach 1895-1897 we Lwowie, potem w latach 1907-1914 w Warszawie.

Kiedy emancypacja krzepnie, rodzi się histeria antyemancypacyjna

W drugiej połowie wieku XX ruch emancypacyjny umacnia  się, przybiera bardzo różne formy instytucjonalne. Tworzą się unie kobiece, stowarzyszenia, związki… W Stanach Zjednoczonych odbywa się mityczny już dziś zjazd założycielski w Seneca Falls w 1848 roku, wzorcowy dla wielu polskich emancypantek. Ruch krzepnie, kwestia kobieca w drugiej połowie XIX wieku i na początku wieku XX staje się jedną z zasadniczych kwestii społecznych, kulturowych i cywilizacyjnych. W związku z tym, że kobiety umacniają się jako emancypantki, po całej Europie roznosi się histeria antyemancypacyjna – czyli modernistyczna obsesja związana z kobiecością. Wtedy właśnie powstają teksty modernistów europejskich, w których pokazują oni kobietę jako Solome, wampirzycę, kochankę szatana… To  modernistyczne wyobrażenie sprzęgnięte zostało z fobią antykobiecą.

Takie dyskursywne ramy, w których się mieści kwestia kobieca, wskazują dwa tytuły: Poddaństwo kobiet oraz Płeć i charakter.

Poddaństwo kobiet Johna Stuarta Milla  wychodzi w roku 1869. John Stuart Mill jest patronem angielskich sufrażystek, więc to dzieło wspiera kwestię kobiecą.

Z kolei w ramie histerii antykobiecej niewątpliwie należy umieścić tekst młodego wiedeńskiego filozofa Ottona Weiningera  - Płeć i charakter z 1903 roku. Tekst rzeczywiście tragiczny, bo po wydaniu książki, w której autor odsądza każdą kobietę od czci i wiary a wszystko  mieści się w pewnej granicy obsesji, a nawet obłędu antykobiecego, Otto Weininger popełnia samobójstwo. Jego książka staje się legendą, osnową wielu później żywotnych teorii psychiatrycznych, antropologicznych… Chociażby refleksji Zygmunta Freuda, którego możemy uznać w pewnym sensie za ucznia Ottona Weiningera.

Emancypantki nieoczywiste

Do prezentacji tak skategoryzowanych sylwetek emancypantek nieoczywistych wybrałam dwie postacie – Elizę Orzeszkową i Gabrielę Zapolską.

Współczesne feministki zarzucają Orzeszkowej, że była za mało rewolucyjna w swoich poglądach, natomiast, pisząc o Zapolskiej, wielokrotnie podkreślają, że z kwestią emancypacji kobiet nie ma ona nic wspólnego. Skąd takie sądy, skoro jej wszystkie postaci kobiece są bardzo wyraziste? Jeżeli możemy mówić o jakiejś ikoniczności kobiecego losu, to jest on właśnie zapisany w powieściach Gabrieli Zapolskiej.

Projekt etyczno-pragmatyczny

Eliza Orzeszkowa znana jest przede wszystkim jako autorka Nad Niemnem i Marty. Trzeba też pamiętać, że Orzeszkowa jest autorką trafnych i aktualnych do dzisiaj tekstów emancypacyjnych. Napisała ich kilka: Kilka słów o kobietach (1870), Listy do kobiet niemieckich i O Polce Francuzom.

O czym pisze bardzo mądra Orzeszkowa? Stonowana, ironiczna i niedogmatyczna. Zastanawia się w swoich tekstach, czym jest w ogóle kwestia kobieca i jak opisać problem emancypacji? Uważa, że jest to kwestia, której należy się przyglądać ze swoistym umiarem, bez zacietrzewienia. Bo jeżeli się zacietrzewimy, to nas po prostu pochłonie.

Orzeszkowa opisuje z upodobaniem tzw. pozorny feminizm i daje przykłady lwic salonowych, które przebierają się w surdut, zapalają cygaro, kładą się na szezlągu w salonie i mówią: Oto jestem emancypantka! Według Orzeszkowej uprawiają one rodzaj maskarady salonowej, która nie ma nic wspólnego z prawdziwą emancypacją. Dlatego, pisząc o kwestii kobiecej, pisarka stwierdza, że jest ona w społeczeństwie polskim trochę kulawa. Jak czapla, która chodzi po chwiejącej się desce i nie może znaleźć własnej drogi. Dlaczego kulawa? Sytuuje się bowiem pomiędzy lękiem jednych a nadmiernym entuzjazmem drugich. Jedni się emancypacji boją i ją ośmieszają, inni natomiast są tak entuzjastyczni, że się zupełnie w dogmatach emancypacyjnych zatracają.

Zdaniem Orzeszkowej najlepiej jest znaleźć złoty środek, który pozwoli nam zdefiniować, czym jest kwestia emancypacyjna w Polsce. I pisarka to właśnie robi. Na własny użytek projekt emancypacyjny Orzeszkowej nazywam projektem etyczno-pragmatycznym. Dlaczego tak? Orzeszkowa pisze, że przede wszystkim należy odłożyć na bok teorię i wszelkie postulaty emancypacyjne wynieść z doświadczenia, najlepiej z doświadczenia codzienności. A w doświadczanie codzienności drugiej połowy XIX wieku w Polsce, wpisane zostało doświadczenie niewoli. To dlatego Orzeszkowa mówi, że polskie kobiety przede wszystkim powinny emancypować się nie od urojonej tyranii mężczyzn, ale od własnych słabości, które determinuje kultura czy społeczeństwo. Trzeba po prostu, jakby powiedział to Nietzsche, stać się tym, kim się jest. Tak moim zdaniem za pomocą cytatu Nietzschego można skrótowo określić feminizm Elizy Orzeszkowej. To oznacza dla Orzeszkowej zmianę modelu wychowania i zmianę modelu edukacyjnego Polek. Orzeszkowa widzi, że dziewczynki są inaczej edukowane niż chłopcy. Nie daje się im solidnej, rzetelnej nauki. Uczy się gry na fortepianie, żeby zabawić towarzystwo w salonie. Uczy się rysowania, żeby się nie nudziły. Uczy francuskiego, żeby mogły pokonwersować. I potem w życiu jednej, drugiej albo trzeciej kobiety okazuje się nagle, że, mimo względnego wykształcenia, nie może zarobić na chleb. Zna francuski na tyle, żeby trochę konwersować, ale gramatyki nie zna. Na fortepianie gra, ale nie jest to gra wyrobiona, bardziej taka intuicyjna. I Orzeszkowa mówi, że dopóki tego nie zmienimy, nie będzie prawdziwych emancypantek wśród kobiet. Odpowiada też bardzo odważnie (ponieważ piszą do niej feministki niemieckie i francuskie), dlaczego ta polska emancypacja jest taka zachowawcza. Emancypantki na Zachodzie twierdzą, że trzeba pisać więcej o kobiecej seksualności (bo tego jest rzeczywiście mało u Orzeszkowej), o podmiotowości, wyzwoleniu, o wolnej miłości. Na to Orzeszkowa odpowiada im bardzo stanowczo – być może przyjdzie na takie tematy czas, ale w tej chwili w polskiej codzienności nie można tego robić. Nie dokonuje się bowiem eksperymentu na ciele zagrożonym śmiercią. Oczywiście pisarka używa tutaj języka ezopowego, bo, pisząc o zagrożeniu, ma na myśli zagrożenie niewolą.

Polki według Orzeszkowej nie mogły uprawiać tego rodzaju feminizmu, który uprawiały Francuzki. Orzeszkowa nie lubiła modelu francuskiego. Podziwiała za to model amerykański – bardzo obywatelski, pragmatyczny.

Orzeszkowa pisze później jeszcze trzy najważniejsze teksty, o których wspomniałam wcześniej, jednak tekst Kilka słów o kobietach można uznać za tekst założycielski dla polskiego ruchu emancypacyjnego. Tak pod koniec XIX wieku stwierdza Maria Konopnicka. Zresztą Konopnicka ocenia  Kilka słów o kobietach jako tekst znakomity, pełny dystansu, ironiczny i świetnie napisany.

Estetyczno-pragmatyczne spojrzenie na kwestię kobiecą

Druga nieoczywista emancypantka to Gabriela Zapolska. Znamy ją jako autorkę Moralności pani Dulskiej. Znamy ją też jako dramatopisarkę, publicystkę i dziennikarkę. Pisała też znakomite reportaże. Bardzo żywo interesowała się kwestią kobiecą. Ale przez współczesne badaczki właściwie nie została przyjęta do grona XIX-wiecznych emancypantek czy tych z początku XX wieku. Dlaczego? Dlatego, że wypowiadała się bardzo krytycznie o współczesnym jej ruchu emancypacyjnym.

Kiedy wyjechała do Paryża w 1889 roku, zaczęła terminować w różnych teatrach eksperymentalnych. Grała trochę na scenach francuskich. Głównie staruszki i cudzoziemki, co bardzo sobie ceniła, gdyż było to bliższe młodym kobietom. W Paryżu odbywał się wtedy Zjazd Międzynarodowy Kobiet.

Duszą tego przedsięwzięcia była Maria Szeliga – koleżanka po piórze Zapolskiej i także Polka. Uchodziła za gospodynię międzynarodowego salonu feministycznego we Francji. Zapolska przygląda się i bierze w Zjeździe udział –  jest zaproszona przez Szeligę, bo się przyjaźnią. Zapolska pisze o tym wydarzeniu z  dużą dozą ironii, żeby nie powiedzieć sarkazmu. Przygląda się wystąpieniom różnych delegatek bardzo podejrzliwie. I na koniec (szczególnie w korespondencji) bardzo złośliwie naśmiewa się z zacietrzewienia dogmatycznego tych pań. I właściwie można by było na tym poprzestać i pomyśleć sobie, że po prostu ich nie lubiła. Ale kiedy pozna się teksty publicystyczne Zapolskiej, czy późniejsze już Piękno w życiu kobiety, to okazuje się, że ta niechęć wobec dogmatycznego feminizmu wynikała u Zapolskiej z czegoś innego. Zapolska patrzyła na to okiem kobiety bardzo doświadczonej - była taką emancypantką z krwi i kości. Musiała bardzo wcześnie odejść z domu. Urodziła się w majątku ziemiańskim na południu. Miała dość burzliwe życie jako aktorka, ale ostatecznie musiała pisaniem zarabiać na życie. Musiała być samodzielna, co szczególnie w drugiej połowie wieku XIX nie było proste. A jednak podołała  temu, więc wiedziała, co znaczy być sobą i co to znaczy samodzielność.

I właśnie Zapolska, obecna na tym festynie kobiecości w Paryżu, pisze w korespondencji o głośnej sprawie w drugiej połowie XIX wieku Karoliny Szulc. Była to polska studentka, która dostała się na Wydział Medyczny na Uniwersytecie Paryskim. Była taką ikoną udanej emancypacji. Zapolska już w prywatnych listach odwołuje się do jej losu. Mówi „gdakały o Karolinie Szulc kwoki warszawskie, wtedy kiedy była na fali, kiedy mogła być ikoną jakiegoś ich dogmatycznego spojrzenia na kwestie kobiecą.” A dlaczego nie piszą o niej teraz? Teraz Karolina Szulc, (pisze do swojego korespondenta Zapolska) jest w 5 miesiącu ciąży, leży w barłogu bez pieniędzy, wsparcia, pomocy. I Zapolska, stojąc nad tym barłogiem Karoliny Szulc, zastanawia się, czym jest emancypacja.

Skoro ta dziewczyna była ikoną ruchu emancypacyjnego, dlaczego teraz znajduje się w takim stanie, leży w jakiejś norze, bliska jest śmierci. I z tej bardzo trudnej i dramatycznej sytuacji młodej kobiety wywodzi wniosek, że wszystkie projekty emancypacyjne muszą być osadzone w doświadczeniu.

Muszą wynikać z doświadczenia, albo indywidualnego, albo zbiorowego. Kiedy sytuują się tylko w przestrzeni światopoglądu, dogmatu, postulatu idei –  mogą być nawet krzywdzące, ponieważ pokazują jakiś wariant istnienia, który w życiu, w codzienności kończy się zawsze tragicznie.

I właśnie ze względu na swoją taką niepokorność, drapieżność nie była Zapolska ulubioną postacią polskich badaczek spod znaku gender.

W 1903 roku na użytek książki Głos kobiet w kwestii kobiecej, Zapolska napisała przepiękny tekst Piękno w życiu kobiety. Na podstawie jego analizy możemy stwierdzić, jak pisarka rozumiała emancypację. Jej formułę emancypacyjną nazywałabym pragmatyczno-estetyczną. U Orzeszkowej dominowała etyka, ponieważ bardzo wysoko tę poprzeczkę etyczną powieściopisarka sobie stawiała. Stosowała coś, co nazywam prawem symetrii. Uważała, że jeżeli kobieta walczy o prawa, musi pamiętać, że za każdym prawem stoi też jakiś obowiązek. Formuła emancypacyjna Orzeszkowej miała charakter etyczno-pragmatyczny, natomiast Zapolskiej estetyczno-pragmatyczny. Zapolska podkreślała, że kiedy pomysły emancypacyjne czerpiemy od kogoś innego a nie wywodzimy ich z własnego doświadczenia, albo z doświadczenia innych kobiet, jakiejś wspólnoty kobiecej – wtedy właśnie zwodzą one na manowce. Jako że była też modernistką – drogę do zdobywania tej świadomości, do budowania świadomości feministycznej – widziała również w pięknie, które kobieta aranżuje na co dzień gdzieś we własnym domu, czy chociażby projektuje suknie według własnego wzorca. Nota bene, sporo pisała o modzie, szczególnie będąc w Paryżu – za wzór elegancji stawiając właśnie Polki a nie Francuzki. Zakładała, że potrzeba piękna jest formą świadomości emancypacyjnej, i taka może być puenta tego jej pomysłu na polską emancypację.

Post scriptum… i kilka uwag

Oczywiście po Zapolskiej była też buńczuczna Zofia Nałkowska, która na zjeździe kobiet wywołała skandal, wołając chcemy całego życia i wywołując też niezłą awanturę obyczajową. Chodziło o kwestie prostytucji i Nałkowska wtedy (jako zupełnie młoda dziewczyna) bardzo odważnie wkroczyła na scenę. Bardziej konserwatywne działaczki wyszły oburzone. Nałkowska do końca życia była związana z kategorią kobiecości i budowała jakiś własny modernistyczny projekt sprawy kobiecej. Ale był on już silnie przesiąknięty estetyką modernistyczną i filozofią nietzscheańską. Potem była Irena Krzywicka, która bardzo konsekwentnie budowała własny, odważny projekt emancypacyjny. Pojawiało się wiele zaangażowanych w emancypację kobiet. Każda z nich myślała trochę inaczej i w tym inaczej upatrywały one wartości tego, co się nazywano kwestią emancypacyjną.

Z tego szybkiego przeglądu kwestii kobiecej na przełomie XIX i XX wieku powinna płynąć jakaś przestroga dla współczesnych feministek. I myślę, że można ją ująć w takim banalnym, ale chyba trafnym zdaniu, że kwestia emancypacyjna ma walor autentyczności tylko wtedy, kiedy wywiedziona zostanie z własnego a nie cudzego doświadczenia. Kiedy kierunek jest odwrotny, kiedy bierzemy slogany i przyswajamy je na użytek ideologii – wtedy mamy do czynienia z tą fałszywą emancypacją, o jakiej pisała prześmiewczo Orzeszkowa. Dlaczego mówię, że to przestroga dla współczesnych feministek? Dlatego, że bardzo często stawiają one kobietom za wzór Czarne Pantery – są to takie organizacje anarchistyczne, bojówkarskie kobiet ciemnoskórych. Przypominam sobie ważny dla mnie wywiad z „Wysokich Obcasów” z dr Antu Sorainen (ikoną feminizmu skandynawskiego), która mówi wprost, że nie interesuje się doświadczeniami kobiet, ponieważ ją interesuje feminizm akademicki. Zupełnie zapomina, że feminizm akademicki wyrasta z bardzo różnych doświadczeń kobiet.

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.